Kiedy zobaczyłam
szczelinę na Twojej buzi, taka sama szczelina pojawiła się na moim sercu. I
pomimo, że Twoją zszyją lekarze, a moją czas – to one już zawsze tam będą.
Nie są to moje
słowa, te przemyślenia znalazłam na blogu angielskiej mamy (Momsicle Vibe
polecam;), która po kilku latach prowadzenia bloga o życiu rodzinnym została
mamą dziecka z rozszczepem. I jak przyznała, dopiero wtedy prowadzenie bloga
miało prawdziwy sens. Te słowa, które tu przytoczyłam są tak prawdziwe, że aż
mnie bolą.
Pierwsza granica,
jaką musiałam pokonać to moja bariera. Był taki ułamek sekundy, kiedy leżałam
na łóżku poporodowym, a Maję ważono, przez ten ułamek zaczęła we mnie narastać
panika. Ale to był tylko ten ułamek sekundy. Pokonałam granicę swojej własnej
próżności i potrafiłam się skupić od razu na NiejJ Nie powiem, że jestem z siebie troszkę
dumna. Ale to nie o to chodzi, nie zależy mi na pokazaniu swojej osobowości, ale na pokazaniu jakie rozsterki Cię czekają, przyszła rozszczepowa mamo.
Granica harmonii związku, ta też. Mój mąż nie chciał żebyśmy na operację jechali do Warszawy. Bo kasa, bo tu to też operują... Ja początkowo zgodziłam się z nim, nie chciałam burzyć jakiejś tam naszej harmonii, nie chciałam być obwiniana. No właśnie, to najbardziej. Ale po kilku dniach, może tygodniach poszukiwań w internecie znalazlam informacje, które upewniły mnie w przekonaniu, że nie mogę podjąć innej decyzji, tylko Warszawa. Mój mąż to taki twardy charakter, racjonalne myślenie, brak pochopnych decyzji i do tego jeszcze uparty ;) Wiecie o jakim typie czlowieka mówię? Często się z nim zgadzam, żeby uniknąć niepotrzebnych dyskusji, bo ja z kolei jestem bezkonfliktowa. Nie szukam zaczepki;) Ale udało mi się go przekonać. Zresztą nawet jakby mi się nie udało, to pojechałybyśmy do Warszawy. Ale wysłuchał mnie, zgodził się ze mną (nie od razu oczywiście;). Byłam się stracic w tej calej trudnej sytuaci jego wsparcie, ale nie straciłam go na szczęście.
Kolejna moja granica to asertywność. Nie byłam chyba asertywna, przynajmniej nie zawsze. Byłam zgodna, uprzejma, grzeczna. Ale to zawse chodziło o mnie, teraz nauczyłam się asertywności, walczyć o swoje, tzn nie tylko co o swoje, a co o Mai ;-) I uwielbiam tą nową cechę :-)
Bardzo ważne jest to, aby uzbroić się w cierpliwość! Na operację czekam, a właściwie czuję jej oddech na naszych plecach już gdzieś od połowy listopada. 8 stycznia, DZIEŃ przed wyjazdem do Warszawy musiałam wsystko odwołać, bo Maja dostała kataru. Już mogłybyśmy być dłuuuugo PO, ale wciąż przed. Po drodze zaliczyłyśmy tydzien w szpitalu na zapalenie oskrzeli, kilka innych infekcji... Dziś jest ponad połowa lutego, wciąż czekamy... Ale jestem mega uzbrojona w mega cierpliwość :-)
I ostatnia, to granica własnych przyzwyczajeń. Nie że się nad sobą użalam, piszę to tylko ku przestrodze, może też troche chcę z siebie to wyrzucić. Od połowy listopada nie byłyśmy nigdzie, tylko lekarze, komisje orzeczeniowe, badania, lekarze, szpital, znów lekarze... Zero zakupów, spotkań z przyjaciółmi, nawet rodzinnych kaw zero, bo szwagierka zakatarzona, czy teść kaszle... NIC! "Na glowę idzie dostać", jakby to powiedziała moja mama;)) Najgorsz ejest to, że nawet ta izolacja nie pomogła, tylko się przedlużyła, trwa już 3 mce. I obyśmy już niedługo pojechały, obyśmy za 2 tyg miały odhaczony pierwszy rozdział leczenia rozszczepu...
Kolejna moja granica to asertywność. Nie byłam chyba asertywna, przynajmniej nie zawsze. Byłam zgodna, uprzejma, grzeczna. Ale to zawse chodziło o mnie, teraz nauczyłam się asertywności, walczyć o swoje, tzn nie tylko co o swoje, a co o Mai ;-) I uwielbiam tą nową cechę :-)
Bardzo ważne jest to, aby uzbroić się w cierpliwość! Na operację czekam, a właściwie czuję jej oddech na naszych plecach już gdzieś od połowy listopada. 8 stycznia, DZIEŃ przed wyjazdem do Warszawy musiałam wsystko odwołać, bo Maja dostała kataru. Już mogłybyśmy być dłuuuugo PO, ale wciąż przed. Po drodze zaliczyłyśmy tydzien w szpitalu na zapalenie oskrzeli, kilka innych infekcji... Dziś jest ponad połowa lutego, wciąż czekamy... Ale jestem mega uzbrojona w mega cierpliwość :-)
I ostatnia, to granica własnych przyzwyczajeń. Nie że się nad sobą użalam, piszę to tylko ku przestrodze, może też troche chcę z siebie to wyrzucić. Od połowy listopada nie byłyśmy nigdzie, tylko lekarze, komisje orzeczeniowe, badania, lekarze, szpital, znów lekarze... Zero zakupów, spotkań z przyjaciółmi, nawet rodzinnych kaw zero, bo szwagierka zakatarzona, czy teść kaszle... NIC! "Na glowę idzie dostać", jakby to powiedziała moja mama;)) Najgorsz ejest to, że nawet ta izolacja nie pomogła, tylko się przedlużyła, trwa już 3 mce. I obyśmy już niedługo pojechały, obyśmy za 2 tyg miały odhaczony pierwszy rozdział leczenia rozszczepu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz